krem, który działa

Wszystkie opisywane wcześniej przeze mnie kremy są bogate w antyoksydanty i inne substancje przeciwdziałające starzeniu się skóry. Po każdym z nich widać pozytywne efekty. Jednak lata lecą, a skóra pod oczami już nie jest taka, jak w czasach studenckich 🙂 Stwierdziłam więc, że pora na coś mocniejszego. Oczywiście, działać ma natura. Nie interesują mnie komercyjne kremy wypełniające zmarszczki głównie optycznie. Moim celem jest wspomaganie syntezy kolagenu. Czyli nie leczenie objawowe, ale nakłonienie skóry, by sama chciała współpracować. Zanim podjęłam się opisania tego kremu, zrobiłam tygodniowy eksperyment. Przez tydzień rano i wieczorem smarowałam tytułowym kremem całą lewą połowę twarzy (niby zrobiłam go z myślą o zastosowaniu pod oczy, ale czego się nie robi w imię nauki). Jednocześnie prawą stronę smarowałam zwykłym kremem. Efekty po tygodniu są zauważalne. Nie znikły mi zmarszczki, tak dobrze nie ma 🙂 ale zmiany czuć pod palcem. Pod lewym okiem skóra jest mniej wiotka, bardziej napięta. Ta pod prawym jest trochę luźniejsza. Nie jest to jakiś spektakularny efekt – ale jak na 7 dni to uważam, że jest nieźle! Za to na policzkach i reszcie twarzy nie widzę różnicy, może potrzeba więcej czasu. Nie moge się doczekać już do wiosny – zamierzam poszukać pępawy i wąkrotki – to zioła, które na pewno bardzo wzbogacą ten krem (wspomagają regenerację nadgryzionej zębem czasu skóry 🙂 )

jak to działa?

olej z nasion malin

Jest świetnym przeciwutleniaczem i posiada właściwości przeciwzapalne. Dobrze chroni skórę przed utratą wody, ma dużo wit. E i A. Jest bogaty w kwasy omega-3 i omega-6, dzięki czemu zmniejsza skutki tzw. stresu oksydacyjnego w skórze. Wspomaga syntezę kolagenu i elastyny, podnosząc jędrność skóry. Zawarty w oleju z pestek malin cenny związek z grupy polifenoli – kwas elagowy – posiada właściwości przeciwrakowe, przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe. Olej z pestek malin jest naturalnym filtrem słonecznym. Przypisuje mu się SPF 28-50, co oczywiście też pomaga opóźnić procesy starzenia spowodowane ekspozycją na promieniowanie UV. Poza tym świetnie stabilizuje nietrwałe oleje z dzikiej róży i rokitnika.

olej z pestek dzikiej róży

Już od kilkudziesięciu lat są znane jego właściwości pobudzające gojenie ran, oparzeń i odleżyn. Ponieważ jest drogi i nietrwały, rzadko stosuje się go w kosmetykach, a szkoda, bo jego działanie jest bardzo mocne. Opóźnia procesy starzenia, co dzieje się dzięki zawartym w nim fenolokwasom i witaminie C. Poprawia elastyczność i ułatwia regenerację skóry. No i jest bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe. Trudno zdecydować, zjeść, czy wsmarować 🙂

olej z rokitnika

Trzeci z super-olejów zawartych w tym kremie. W Polsce rokitnik nie jest tak popularny, jak na Wschodzie, a szkoda. Tam oblepichę (bo takie, niezmiernie trafne określenie mają Rosjanie na rokitnik) traktuje się na równi z innymi owocami, a nawet z lekarstwami. Olej rokitnikowy jest świetny do skóry zarówno suchej, jak i trądzikowej. Jest nieprzyzwoicie bogaty w karotenoidy, o czym świadczy jego intensywnie marchewkowy kolor 🙂 dzięki czemu wspomaga regenerację skóry i opóźnia powstawanie zmarszczek. Ma też kojące właściwości, dlatego poleca się go pod oczy. Ma lekko przeciwbólowe działanie. Jest dobry dla alergików. Więcej o tym znakomitym oleju możesz poczytać na równie pierwszorzędnym blogu Ziołowa Wyspa – LINK

koenzym Q10 = ubichinon

Pierwszy raz użyłam kremu z koenzymem Q10 i czuje się, jakbym przekroczyła jakiś magiczny próg czasu w życiu 🙂 Substancja znana z reklam, droga jak diabli (100g to ponad 800zł, na szczęście używa się go w stężeniu tylko 1%). Jest on naturalnym składnikiem skóry i odpowiada za przemiany energetyczne. Znajduje się w mitochondriach, gdzie działa jako przekaźnik i bierze udział w syntezie ATP. Koenzym Q10 produkuje nasza wątroba, jednak z wiekiem proces ten spowalnia. Dlatego staramy się dostarczyć go przez skórę, prosto w miejsce, gdzie jest na niego zapotrzebowanie. Ale mało kto wie, że możemy wspomóc jego syntezę w wątrobie dzięki odpowiednim produktom w naszym menu. Najwięcej ubichononu jest w mięsie i rybach. Ale znajdzie się tez w migdałach i pistacjach. Najlepiej przyswajalny jest w obecności tłuszczów.

jak koenzym Q10 działa na skórę?

Na szczęście jest on dobrze wchłaniany przez skórę i błony śluzowe, więc dostarczanie go w postaci kremów jest uzasadnione. A niedobór ubichinonu powoduje właśnie starzenie się. Koenzym Q10 hamuje procesy rozpadu kolagenu, który odpowiada za jędrność skóry. Podnosi stężenie glikozaminoglikanów i przyspiesza powstawanie nowych fibroblastów, które odpowiedzialne są za wytwarzanie w skórze kwasu hialuronowego, kolagenu i elastyny. Glikozoaminoglikany (w skrócie GAG) są cukrami powszechnie występującymi w organizmach roślinnych i zwierzęcych. Biorą udział w powstawaniu makrocząsteczek – proteoglikanów, które są naturalnymi wypełniaczami w skórze. Dzięki temu zmarszczki wypłycaja się „od środka”. Czyli przede wszystkim zapobiegamy powstawaniu nowych zmarszczek.

proteiny pszenicy

Zwane potocznie liftingiem roślinnym. Są to wyselekcjonowane białka pszenicy, które – w przeciwieństwie do koenzymu Q10 – działają na powierzchni skóry. Tworzą mikrofilm napinający naskórek, co powoduje wygładzenie zmarszczek i poprawę jędrności skóry. Podnoszą też mechaniczną odporność skóry na rozciąganie.

To były substancje odmładzające 🙂

Ale krem jest bogaty w masę innych cennych składników. Znajdzie się w nim skwalan z oliwy z oliwek, mleczko pszczele, gliceryt ze świetlika (więcej o nim tutaj), hydrolat borowinowy, kwas galusowy, aloes, witamina E… i wiele wiele innych.

 

 

Jak zrobić ujędrniający krem pod oczy?

Faza A:

8% skwalan z oliwy z oliwek

6% emulgator Olivem

0,5% alkohol cetylowy

Faza B:

42,5% hydrolat borowinowy

10% kwas hialuronowy

5% proteiny pszenicy

3% gliceryt ze świetlika

1% kwas galusowy

0,5% d-pantenol

0,5% alantoina

Faza C:

9% olej z pestek malin

3% olej z pestek dzikiej róży

3% olej z rokitnika

2% kolagen i elastyna

2% ekstrakt z aloesu (zatężony 100-krotnie)

2% wit. E

1% koenzym Q10

konserwant DHA BA (8 kropli na 50ml kremu)

olejek eteryczny (kilka kropli olejku, który lubisz OPRÓCZ CYTRUSOWYCH bo są fotouczulające)

Krem przygotowujemy tradycyjnie, wg standardowej receptury. Przepis krok po kroku (oraz potrzebne akcesoria) dla początkujących opisany jest TUTAJ.

W skrócie – w kąpieli wodnej podgrzewamy fazy A i B do 60 stopni. Czekamy tak długo, aż rozpuści się emulgator. Następnie fazę wodną wlewamy do tłuszczowej i miksujemy, aż mieszanina się ochłodzi. Proponuję zrobić porcję 20g – to będzie niecałe 30ml, w sam raz na pierwszy raz. Będzie potrzebna precyzyjna waga (najlepiej jubilerska), gdyż przy tak małych ilościach nawet 10mg może mieć znaczenie. Kiedy nasz krem osiągnie temperaturę ciała, dodajemy składniki fazy C. Dokładnie miksujemy po każdym dodanym składniku.

Na koniec trzeba ustalić pH na poziomie 5,5-6,5. Mój krem miał po zrobieniu pH=5, a więc odrobinę za kwaśne. Dodawałam więc po troszeczku mleczan sodu, aż papierek wskaźnikowy pokazał właściwą wartość. Możliwe, że Ty otrzymasz krem o innym odczynie – składniki naturalne mają to do siebie, że ich właściwości nie są idealnie powtarzalne. Dlatego zawsze trzeba mierzyć pH 🙂

Jeszcze ciepły krem przełóż do słoiczka i gotowe 🙂

Minusem tego kremu jest wysoka cena składników. Są to drogie, wręcz luksusowe substancje. Przy zakupie samych półproduktów trzeba się liczyć z wydatkiem kilkudziesięciu złotych w przeliczeniu na mały słoiczek 30ml kremu. Jednak takie inwestycje lubię 🙂